| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
czwartek, 15 lutego 2018

ŚNIEŻKA ZIMĄ :) spełnienie marzeń? Czy początek przygody? 

Widok na Samotnię w trakcie zejścia

Zima zła za oknem, motor w garażu grzeje się w oczekiwaniu na cieplutki asfalt. A mnie swędzi tyłek by ruszyć się gdzieś z przed telewizora i laptopa. 

POMYSŁ

Z pomysłów spontanicznych rodzą się najfajniejsze rzeczy i tak też było tym razem. Na wyjazd zdecydowaliśmy się z tygodnia na tydzień, wybierając na cel naszej wyprawy Śnieżkę i Karpaty, wybór ze względów na prostotę gór i pięknych zimowych krajobrazów. 

Cel jeden pieszo wejść zimą na śnieżkę, proste i oczywiste.

Przygotowania do naszej męskiej wyprawy trwały 5minut spakowanie plecaka, konserwy, ubrania zimowe, czołówka, gogle, śpiwór i jesteśmy gotowi by podbijać zimowe szlaki. 

 

RUSZAMY W KARPATY

Pierwsza część podróży pokonaliśmy zmotoryzowani, ruszając w sobotę o 22. Przed nami było 600km pięknych szybkich autostrad i 100km tułaczki po krajowych zawalidrogach. Zmęczeni koło 2 dotarliśmy pod Wrocław, gdzie rozbiliśmy obóz nr 1, cztery godziny snu w samochodzie na odpalonym silniku i twardych siedzeniach dała się nam nieco we znaki.

 

O 6 ruszyliśmy dalej by pokonać ostatnie 200km, które przebiegło względnie sprawnie, koło 8:30 zameldowaliśmy się w Karpaczu gdzie zakupiliśmy wysokoprocentowe napoje na wieczór zdobywców. 

Wóz bojowy zostawiliśmy na jednym z okolicznych parkingów pod Świątynią Wang, koszt takiej przyjemności na dwa dni to 25zł. Przebraliśmy się w mundury zimowe i ruszyliśmy w mozolną wędrówkę szukając miejsca gdzie zjeść śniadanie. Trafiliśmy do malutkiej knajpki z pięknym widokiem na okolicę.

Pogoda na dole była piękna i zapowiadało się bezproblemowe wejście na szczyt i cudowne widoczki po drodze. Śniadanie z czterech jajek miało nam dać siły na resztę dnia mozolnej wędrówki do góry. 

WCHODZIMY NA GÓRĘ

Wybraliśmy szlak niebieski zaczynający się przy św. Wang. Głównie przez wzgląd na jego długość oraz walory krajoznawcze w szczególności te przy Samotni. 

O 10:20 przekraczamy "bramę" Karkonoskiego Parku, zaczynając tym samym podejście pod górę. Pierwsza część stroma i dała się nam we znaki. Ciężkie plecaki głównie przez zabrane napoje utrudniły nam wędrówkę. Początkowe piękne warunki z każdym metrem w górę zmieniały się w coraz to silniejszy wiatr. 


Fotka robiona w trakcie zejścia :) 

Gdy zbliżaliśmy się do Samotni wyszliśmy z lasu i pogoda całkiem się załamała, zebrał się silny wiatr który mocno ograniczył nam widoczność i zmusił nas do krótkiego odpoczynku w schronisku, gdzie większość wędrowców analizując pogodę postanowiło zawracać. My postanowiliśmy ruszyć dalej w nadziei na poprawę pogody.


Widać kondycji brak :) 

Z Samotni przeszliśmy dość sprawnie do Strzechy Akademickiej i dalej w górę, gdzie na podejściu do równiny trafiliśmy na naprawdę trudne warunki, silny wiatr, śnieg bijący po oczach mocno nas hamowały. W szczególności wiatr wiejący prosto w twarz zmuszał do trzymania głowy nisko i patrzenia w śnieg. Oczy dostały po tyłku, nawet gogle niewiele dawały gdyż robiły się nam przed oczami świetliki a ostatecznie moje zamarzły i musiałem co jakiś czas zdejmować je by usunąć delikatną warstwę lodu. Zaparliśmy się by iść dalej w systemie 30-40m przerwa i odwrócenie głowy w druga stronę by odetchnąć. W trakcie podejścia nikt z nami nie wchodził, ludzie jedynie schodzili w dół, co nie dodawało otuchy gdyż nie wiedzieliśmy jaka faktycznie pogoda czekać nas będzie na górze. Gdy doszliśmy do zejścia na równinę wiatr zaczął mocno wiać nam w plecy co znacznie ułatwiło wędrówkę do Domu Śląskiego. 

ATAK NA ŚNIEŻKĘ


O godzinie 13:50 zameldowaliśmy się w Domu Śląskim, przy którym wiatr zmógł się jeszcze bardziej. Nieodpowiedzialnych rodziców i dziecko zwozili ratownicy, natomiast ludzie w skutek silnego wiatru ledwo utrzymywali równowagę a niektórzy przewracali się (jeden facet :P) drugi prawdopodobnie złamał nogę i jego również zabrali ratownicy skuterem śnieżnym.  Trasa na równinę zajęła nam 3,5h to znacznie dłużej niż przewidywaliśmy. Fakt że w Samotni spędziliśmy 20-30minut ale mimo wszystko było to długie podejście. Chwilę odpoczęliśmy napiliśmy się Herbaty z rumem na rozgrzanie wykonaliśmy telefony do rodzinki i postanowiliśmy wchodzić dalej.Zostawiliśmy ciężkie plecaki w barze i już bez ciężkiego sprzętu atakowaliśmy szczyt.Warunki na równinie były tak gówniane, że mało kto o tej godzinie decydował się na wejście w górę, łącznie z nami naliczyłem 8 osób.  Nie spodziewałem się, że będę "atakował" Śnieżkę!


Kolejne fotki już z drogi powrotnej 

Oblodzone podejście całe szczęście niezbyt strome i dobrze przygotowany szlak sprawiły, że zima w górach nas nie pokonała, choć miejscami naprawdę było ciężko, nie niebezpiecznie ale ciężko wiatr, śnieg próbował nas zatrzymać jednak bezskutecznie, weszlibyśmy tam choćby na czworaka :) Po drodze w górę mijaliśmy kilkoro wakacyjnych himalaistów co w zwykłych butkach próbowali schodzić po oblodzonym szlaku, wyglądało to komicznie gdy ludzie przysiadali na tyłkach by przez przypadek nie spaść ze szlaku. Brnęliśmy metr po metrze by padnięci usiąść 100m od szczytu którego nie widzieliśmy. 

Gdy tak odpoczywaliśmy nagle jakby wiatr zelżał i nieco się rozjaśniło a przed nami odkrył się szczyt Śnieżki. To nam wystarczyło i w kilka chwil byliśmy na górze, ciesząc się brakiem jakichkolwiek widoków :)

DŁUUUUGGGGIEEE ZEJŚCIE DO SCHRONISKA 

Na górze spędziliśmy 5 może 10minut i choć pogoda się poprawiała nie mieliśmy ani zbytnio chęci ani czasu by dłużej czekać i ruszyliśmy w drogę zejściową. Powrót z odpowiednim sprzętem okazał się prosty, musieliśmy jedynie uważać na miejscowe obsypywanie się śniegu i tunele wiatrów które wytrącały nas z równowagi. Udało się nawet znaleźć dość spokojne miejsce by na chwilę przysiąść i nacieszyć się namiastkom krajobrazu gór zimą. Tuż przed 16 ponownie rozgościliśmy się w Domu Śląskim, gdzie podjęliśmy rozmowę co robić dalej, schodzić czy zostać? Morale było bardzo dobre więc po krótkiej debacie postanowiliśmy zejść niżej do Strzechy Akademickiej.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu o 17 zachodziło słońce, to i nasza wędrówka musiała nabrać tempa. Zabraliśmy z baru plecaki i znów z załadunkiem ruszyliśmy w dół... Tylko ten dół to najpierw delikatne lecz długie podejście na równinie, na które zwyczajnie już nie mieliśmy sił. Drepcząc krok po kroku już w bardzo dobrych warunkach pogodowych traciliśmy siły do rozmowy, około kilometra przed naszym ostatnim celem dnia, straciłem całkiem siły i postanowiłem zrobić przerwę i rozbić krótki nieprzewidziany obóz. Mieliśmy czołówki a pogoda była dobra, trakt prosty więc nie widzieliśmy powodów by bać się zmierzchu. Kto by pomyślał, że cały dzień marszu wytrzymamy na jajecznicy i plasterku czekolady? Za to jak pyszna wydawał się Gulasz Angielski z puszki z bułką a na deser jabłko. Po takim dniu zestaw ten był  niczym najlepsze danie w pięciogwiazdkowej restauracji :) Nasz oddział już bez problemów jeszcze przed zmierzchem pokonał ostatni km. Dotarliśmy do Strzechy Akademickiej. 

W schronisku wynajęliśmy pokój dwuosobowy, napiliśmy się piwa i rozgościliśmy w pokoju. By uniknąć snu z wycięczenia, niemal od razu wyszliśmy z alkoholem na dwór. Tak jest ! Co może być lepsze niż spokojna rozmowa przy drinku w na górach na świeżym rześkim powietrzu. Przy okazji poznaliśmy jeszcze jakąś parę zakochanych, którzy szli od strony Czeskiej i pogoda skutecznie zniechęciła ich od wchodzenia na Śnieżkę. Wymieniliśmy kilka uwag dotyczących gór, tatr i innych takich. Po czym zmęczeni poszliśmy spać, a przynajmniej ja, nie mam pojęcia co robił dalej Janek. 

POWRÓT DO DOMU


Widok ze Strzechy Akademickiej

Rano wstaliśmy o 7 zmęczeni, bez chęci do powrotu z lekkim niedosytem górskim zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w kierunku Samotni.


Ciepły Żurek na śniadanie :) - o smaku nie mówię :P 


Widok z tarasu Strzechy Akademickiej

Pogoda w tej części była bardzo dobra i wreszcie mogliśmy nacieszyć oczy górami, a ja mogłem wyciągnąć aparat by zrobić zdjęcia. Nie spodziewałem się że okolica Samotni jest tak cudowna, aż chciało się usiąść i patrzeć. 


Widok z zejścia do Samotni od strony Strzechy

Zejście było już tylko niemal przyjemnością, choć w głowie kłębiły się myśli o braku chęci powrotu. Te dwa dni dały reset dla zdrowia psychicznego, pozwoliły oderwać się od problemów codzienności i dały nieco powodów do rozmyślań. Nasz oddział o 10 zameldował się przy wozie bojowym. Przebraliśmy się w ubrania codziennie i ruszyliśmy w dłuugggą drogę powrotną


Widok w trakcie zejścia 

Góry zimą są piękne ale i niesamowicie niebezpieczne i zaskakujące. Wydawało nam się, że Śnieżka to taka śmieszna górka. A nie raz w trakcie wejścia na górę dała nam w kość. Fakt, że marsz z 20kg plecakiem do przyjemnych należeć nie może to i tak cieszę się, że trafiliśmy na złą pogodę. Śnieżka stała się dla nas wyzwaniem a i naprawdę fajną przygodą... oczywiście pozostał niedosyt fotograficzny ale wybaczam tej górce w zamian za niesamowicie ciekawą przygodę, w trakcie której przeplatały się chwile zwątpienia, radości, uporu, odwagi i wytrwałości. Ale przede wszystkim był to męski wypad z przyjacielem, których to wypadów w ostatnich latach jak na lekarstwo... 

Co dalej? Nie wiem może wyprawa na Babią Górę zimą? A może zimowa Dolina Pięciu Stawów? Zobaczymy co czas pokaże, póki co przygotowania kondycyjne cd. :) 

 

09:39, jakub.kuczkowski , Piechota
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 stycznia 2018

Za oknem zima, motor w garażu pod kluczem. A Jasiek daje się co jakiś czas we znaki... no ale... tak znalazłem wreszcie chwilę by zrobić wreszcie porządek ze starymi gratami... na co trafiłem? 

Na Zębatkę do Kawasaki, w zeszłym roku zupełnie zapomnieliśmy przerobić Kawiego, w tym roku jednak mu nie odpuścimy i już nie mogę się doczekać gdy będę mógł opisać swoje wrażenia po takiej drobnej ale jakże wpływowej modyfikacji. 

 

20180119_223402

A oprócz zębatki znalazłem również szczęki do Intrudera VS 700, VS 600, VS 750, VS 800. Oddam w dobre ręce za 50zł z przesyłką ;). 

22:38, jakub.kuczkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018

A oto i nasz świąteczno noworoczny Mały motocyklista :) urodzony 12.12.2017 ;) już nie może się doczekać aż wsiądzie na swój własny motorek :D 

 

smallfasolek

21:43, jakub.kuczkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 października 2017

BIKER IS COMING! 

Nie ma to jak bycie fotografem motocyklistom i mieć choć troszkę wspólnych pasji, zawsze gdzieś można je razem połączyć. Tak też zrodziła się sesja nieco spontaniczna, choć w efekcie bardzo udana. 

Oczywiście jak pisałem była to sesja okupiona krwią i mała kolizją z ziemią, ale podsumowując było warto :) 

Jeśli mój synek będzie motocyklistom to już teraz będzie miał swoją małą pamiątkę na tą okazję. 

motocyklow, sesja, brzuszkowa

08:41, jakub.kuczkowski
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 października 2017

No to może mała zapowiedź szerszej relacji z tegoroczengo wyjazdu do Chorowacji :) 

środa, 13 września 2017

"Na tych co leżeli lub będą leżeć"

To to już się mogę zaliczyć do tych co leżeli, nie parking tylko jazda wolno bo wolno ale jazda. Całość Kawasaki mojej żonki która to kazała mi jechać nim na sesję zdjęciową :P efekty oczywiście przedstawie, ale do rzeczy... zdjęcia wykonywaliśmy w lesie 50km od Gdańska, więc dojechać jakoś trzeba było i tutaj o dziwo bez stresów motorek nawet dawał radę i sam przejazd był stosunkowo przyjemny... Później już na miejscu zrzucenie kurtki i robienie fotek foteczek... przestawianie motocykla itd. 

Niby już mamy wszystko ale jeszcze jedno dwa miejsce w drodze powrotnej... patrzę na kurtkę i drogę do przejechania ... "eeee tam! ten kawałek bez kurtki" jadę sobie przez las patrzę o tutaj byłoby fajnie... wciskam hamulec i leżę gleba... w piz...u co za sieczka... 

ZŁOŚĆ ZŁOŚĆ I JESZCZE RAZ ZŁOŚĆ! Ręka obita zdarta skóra ... całe szczęście miałem spodnie z ochraniaczami i odpowiednie buty to w nogi nic się nie stało. 

Z całej sytuacji jednak się cieszę gdyż mam nauczkę by nigdy więcej nie jechać szybko motorem bez kurki... jak przypomnę sobie Chorwację krótki rękawek i prędkości 80-120.. to aż mnie ciarki przechodzą co by wtedy było... 

 

WIĘC PAMIĘTAJCIE ZAWSZE ALE TO ZAWSZE WARTO ZAŁOŻYĆ STRÓJ MOTOCYKLOWY.. NAWET NA WYCIECZKĘ DO SKLEPU CHOCIAŻ KURTKĘ I SPODNIE :) 

21:25, jakub.kuczkowski , Ogólne
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 września 2017

Chorwacja, krótkie a może i nieco dłuższe podsumowanie. 

Słowem wstępu "Chorwacja na motorze" to był plan a  raczej główny powód i marzenie dla którego poszliśmy na prawko kat A. Idea wspólnego podróżowania po świecie na dwóch kołach, to coś co wciąga i można powiedzieć uzależnia... jest jak seks jak spróbujesz to nie możesz bez tego żyć. 

"Było nas trzech" - tak było w 2013r gdy dzielnie formowało się Lucky 13, były ambicje oraz plany których nie powsty. Niestety jednak gdzieś na przestrzeni kilku lat wszystko się rozbiło i z naszego małego składziku wypadło Błękitne Virago ze swoim jeźdźcem Jankiem. Doszło  na krótko Kawasaki z Madzią ale równie szybko na jakiś czas wypadło. Na placu boju i realizacji marzeń pozostały jedynie Intruzy a konkretniej jeden intruz i fazerek. 

Wyjazd motocyklowy ale nie do końca. Większość z was prawdziwych motocyklistów rusza do boju na koniu, jadąc przed siebie w nieznane, my jednak takiej możliwości nie mieliśmy, przez wzgląd na wiele czynników rodzinnych, nasz wyjazd skupił się na wycieczce w składzie: dwa motory i jedno autko gdzie jechały nasze drugie połówki oraz mała Julka. 

Planowania nie było zbyt wiele bo i czasu było bardzo mało. Po wielkich trudach wybraliśmy sobie noclegi i opracowaliśmy trasę przejazdu, chłopy sobie, kobiety sobie i trzy check pointy po drodze. Dziennie do pokonania 500-600km... więc zapowiada się spokojnie. 

Wycieczkę przez wzgląd na urlopy rozpoczynamy dopiero w poniedziałek 31.07.2017r prognoza pogody deszcze! Qfa niech wszystkie te pogodynki szlak trafi! Dobrze, że udało mi się przekonać Piotrka by ruszać nie patrząc na te wróżby z fusów. Wystartowaliśmy i już po godzinie grzaliśmy autostradą w upalnych 30 stopniach... było tak gorąco że w sumie ten deszcz to i by się nawet przydał :) 

Selfie na autostradzie i jedno jeszcze przed Częstochową gdzie wprowadzamy  w życie chłodzenie klejnotów

Trasa przez Polskę jak to bywa nudna autostrada bez widoków, nuda nuda  nuda i nuda, dobrze że fazer ma nieco mocy pod manetką to i człowiek własne rekordy pobił a i dostarczył sobie nieco adrenaliny by nie usnąć w siodle... Do Łodzi przejechaliśmy niemal expresem by dalej tłuc się, męcząc między samochodami niemal do samego Żywca, nasz pierwszy CHECK POINT .. Cała Polska trasa była niczym marsz pingwinów tyle że wolniej. 

Żywiec okazał się gorszą wersją Kościerzyny a nadodatek w knajpie zabrakło Żywca... :/ no ale przecież jest tutaj BROWAR i muzeum! No to jazda zwiedzać... i tutaj znów KLOPS! Poniedziałek i pozamykane :( dostaliśmy jedynie info że kawałek dalej jest PUB i można kupić pamiątki... cóż PUB jest... pamiątki również... ale raczej nie warto tracić na to czas. 

Nieco zawiedzeni udaliśmy się do miejsca noclegu Kamesznicy, gdzie numeracja budynków to jakiś koszmar... nie rozumiem kto i jak nadawał tam numery albo gość był mocno naje... albo rozdawał je losowo. Jadąc ulicą mamy numery 150, 200 by za chwilę mieć 700 i kawałek dalej znów 250 by za chwilę mieć 710 i 350... Nasz umysł tego nie ogarnął a GPS poprowadził nas niemal do innej wioski. Całe szczęście wieś nie jest duża i po 30minutach błądzenia odnaleźliśmy miejsce naszego noclegu "Noclegi u Halinki" przytulna baza wypadowa dla dalszej jazdy, właściciele mili i życzliwi oraz chętni do pomocy. Sama okolica Kamesznicy? Ma coś w sobie ale nie wiem co, i tak naprawdę nie miałem okazji sprawdzić co. 

Rano drugiego dnia ruszamy pozostawiając za sobą Polskę witając się ze Słowackimi drogami, którym to składamy pokłon za brak opłat dla motocykli. Trasa przebiega bezboleśnie z małymi błędami orientacyjnymi. Warto podkreślić że przez Słowację jedzie się po prostu fajnie, co chwilę zmiana krajobrazu, piękne góry i zamki w oddali które niesamowicie umilają podróż aż człowieka korci by zjechać i odwiedzić jeden czy dwa :( no ale my twardo jedziemy do naszego Węgierskiego celu... i tutaj olbrzymi zawód! Węgry ani specjalnie nas niczym nie uraczyły, kazali zapłacić za autostrady do tego postawili xxx fotoradarów bez oznaczeń (teraz czekamy na mandaty). Zapłaciliśmy za winiety by jechać głównie ekspresówką a nie autostradą, droga spoko ale nudna i to nudna na maxa, w życiu nie jechałem taką trasą... nie dość że brak widoków, wysoka temperatura to jeszcze co chwilę durne zwężenia. 

Dopiero 30km od Lenti miejsca naszego noclegu poczuliśmy radość z jazdy i odzyskaliśmy wiarę w to, że na Węgrzech może być fajnie, jednak radość byłą na tyle krótka, że nawet nie specjalnie warto się tym interesować. Samo Lenti, niczym nas nie zaskoczyło niczym nie uraczyło... fakt miejsce noclegu było ciekawe gdyż był to kompleks domków drewnianych nad sztucznym jeziorkiem (stawem) rybnym. W domkach było nie do zniesienia przez panującą w środku temperaturę która była kosmiczna... no ale nie w takich warunkach człowiek żył to i tu daliśmy radę.

Dla tych co nie spali o 4 rano (czyli tylko ja) był jeszcze cudowny widok wschodu słońca... po 3 może 4h snu czas było ruszać dalej na szlak do Chorwacji. 

Węgry pożegnały nas również kontrolą graniczną :) nic specjalnego jedynie spojrzenie w oczy celnikowi i jazda dalej... parę metrów i jesteśmy w naszej ukochanej Chorwacji! 
W Chorwacji na dzień dobry piękna autostrada, tym razem jednak była to autostrada z zakrętami gdzie można było nieco bardziej pozwolić sobie na zabawę naszym motorkom,  odkręcić manetkę bardziej do oporu i pokonywać fajnie wyprofilowane zakręty. Tutaj pierwszy raz było czuć że jesteśmy w cudownym miejscu... a mój motor już wiedział że zakochał się w tych drogach. 

Na wysokości Karlovac opuściliśmy HighWay i zjechaliśmy na boczne dróżki... to co na nas czekało było cudowne... ciepło, równy asfalt piękne krajobrazy i setki zakrętów z serpentynami... a do tego niesamowite miejsca do zwiedzenia takie jak te: 

Mógłbym godzinami pisać o tym jak cudowne były te km... to było coś "Legendarnego" coś co na długie lata zostanie w mojej pamięci... 40 stopni skwar cudowna okolica motor z nowiutkimi oponkami Pilot Road i zakręty... nie zliczone ilości zakrętów, serpentyn, wiosek i wioseczek... zakręty w lesie, w górach, nad wodą i przepaścią ... po prostu wszystko czego potrzeba motocykliście! Miód... zresztą wiecie co popatrzycie sami jak zmontuje film...

Od Senji została nam trasa do PAG... pierwsza opcja to prom druga to jazda 100km dalej lądem... polecam opcję lądem i powrót promem :) Zakręty choć niemal każdy taki sam są bajeczne, aż szkoda że człowiek nie miał ze sobą kombinezonu by atakować każdy winkiel... turystyczne tempo jednak w zupełności wystarczyło dla funu i odpowiedniej zabawy. Pod samą wyspę zaprowadził nas ten oto most. 

 

Fota zrobiona nieco później podczas objazdu wyspy autkiem :P 

Końcówka naszej trasy na PAG to niemal same proste i kilka zakrętów które zleciały migiem... to tutaj niestety Dragstar zaczął tracić życie... tutejsze 40 stopniowe upały dały mu się w kość, na tyle że całkowicie odmówił jazdy na wolnych obrotach... z początku wydawało się że może mu przejdzie, lecz ostatnie 100m jakoś na siłę dojechaliśmy do apartamentu gdzie czekały na nas nasze białki. Zimny browarek i rozgaszczamy się w apartamencie. 

PAG (mowa o miejscowości) to miejsce turystyczne choć moim zdaniem niewiele warte. Mała starówka, mostek mało atrakcyjna plaża i to wszystko... nieco zawiedziony ale i podekscytowany kolejnymi dniami i plażami poszedłem spać wypiwszy nieco za dużo... 

Poranny kac morderca w 40 stopniach skutecznie utrudnił mi pierwszy poranek... nie dość że plaża na którą się udaliśmy była jakimś totalnym nieporozumieniem... i nie chodzi tutaj o plaże samą w sobie! O nie,... ta była piękna, ale to dojście... 
Wyszedłszy z auta na zwiad od razu wpadłem na jakiegoś węża czy innego padalca... szkoda, że nie miałem ze sobą choćby telefonu... poszedłem dalej uważając by nie wleźć w jakieś inne gówno i wyszedłem na najtrudniejsze zejście na plażę jakie widziałem w życiu. Cóż przekazałem informację o trudnym zejściu reszcie ekipy która nie potraktowała mnie poważnie :) (pewnie myśleli Kubens pierd... na kacu) cóż :P przekonaliśmy się boleśnie co to znaczy wspinaczka po Chorwackich urwiskach ... plaża Bosana sama w sobie piękna z małymi kamyczkami... Pewnie bym się nią zachwycał nieco dłużej jednak kac nie dawał mi o sobie zapomnieć...Na powrocie okazało się że kawałek dalej ma schody, które również nie zachęcały do skorzystania z ich usług, były piekielnie daleko od auta i niesamowicie strome...

Nie wiem jak wynurzyliśmy się z tej plaży, ale cud że nikt nie stracił tam przytomności wchodząc z tymi wszystkimi tobołami na górę... po powrocie do apartamentu zregenerowaliśmy siły i zabraliśmy się za odpalanie Dragstara... niestety sam się nie naprawił ... pierwsze próby to świece oczyszczenie i sprawdzenie iskry... qfa no jest... co teraz?

Poszukiwania serwisów niemal nie przespana noc... i wreszcie poranek by znaleźć serwis... bogu dzięki tym razem bez kaca choć Ożujska nieco w lodówce ubyło. Serwis był całkiem blisko... choć słowo "serwis" użyte nieco na wyrost.. naprawiali tam co najwyżej skutery i pewnie sporadycznie kosiarki... no ale jak to mówią "na bezrybiu i rak ryba" Łamanym angielsko/polsko/chorwackim dogadaliśmy się, że sprawdzą co jest nie tak i dadzą znać... Zaś sami postanowiliśmy nie tracić wakacji i kontynuować plażowanie...

Drugi dzień spędziliśmy na plaży Girenica, która okazała się najpiękniejsza ale i zarazem najmniej spokojna. Wyglądała o tak:

Prawda że piękna? Cisza spokój, mało ludzi i co ważne w pobliżu BAR! Parking na cały dzień to 20Kun więc nie wiele. Po zakończeniu plażowania jeszcze przed obiadem podjechaliśmy zobaczyć co z Dragstarem... niestety nie wyrobiliśmy się do 19 by spotkać mechanika jednak motor czekał... tylko nie naprawiony a rozebrany i tak też stał następne kilka dni...

Plażowanie ciąg dalszy i kolejna plaża Cisna... ogólnie może i jest fajna tylko nie jedźcie pierwszym zjazdem od PAG... bo wyjedziecie na pustynno-kamienno żwirową obrzydliwą plażę, której nawet specjalnie nie warto fotografować... jedyne co uratowało ją przed tragicznym osądem to o dziwo duża ilość rybek w wodzie... ten dzień również zakończyliśmy odwiedzeniem warsztatu tym razem wcześniej... jednak i ta wizyta nic nie zmieniła bo mechanik jedyne co powiedział "ma pomysł"... (masakra jakaś) no ale jak ma pomysł to już coś :) 

Kolejny dzień, niedziela czyli nie pracują ... ehhh szkoda gadać nie żebym miał pretensje że mają wolne, ale kolejny dzień bez żadnej informacji. A to nie poprawiło nam humorów... kolejny wieczór spędzony nad laptopami i medytowaniem co dalej...

Oczywiście w tym czasie nie pokonaliśmy motorami nawet 1km... praktycznie rzecz biorąc zrobiła się z tego wycieczka samochodowa, wszędzie dojazdy autem... a o wycieczce w góry by pozawijać winkle mowy nie było... Fakt była opcja pojechać samemu tylko czy aby na pewno o tomi chodziło? :( 

W poniedziałek ruszyliśmy do warsztatu z nastawieniem bojowym by zabrać motor i zawieźć go do innego serwisu w Zadarze. Gdy doszliśmy na miejsce, ręce nam opadły... motor był rozbierany dalej... jednak się za niego wzięli, szkoda że dopiero teraz ale nadzieje rosną... wyjścia już nie było pozostało nam jedynie zostawić go i modlić o się o cud... który de facto nie nadszedł.

Zadar i tak odwiedziliśmy, miasto jest naprawdę ładne choć nie urzekło mnie tak jak inne miejscowości Chorwacji. Ot zwykłe stare miasto poprzeplatane z nowym. Jakby odrestaurowane ale nie do końca, niby ładne ale czegoś mu brakowało. Gdy jednak patrzę na zdjęcia wszystko mi tutaj pasuje... ba nawet mam ochotę o tym opowiadać a przecież byłem tam dosłownie 2h. 

Dodam w tym miejscu, że od kliku dni próbowałem bezskutecznie skontaktować się ze światem tutejszym motocykli by otrzymać choć zalążek informacji gdzie tutaj serwisuje się motocykle, z kim rozmawiać, od kogo otrzymać pomoc. Pisałem do klubów na RAB, do jakichś rycerzy napisałem nawet na największym forum Motori.hr ... bez żadnej odpowiedzi! Powiem więcej zniesmaczyłem się poziomem zachowania tamtejszych motocyklistów. Zero próby pomocy, jedyna odpowiedź jaka była pochodziła od Serbskich motonitów, którzy oferowali pomoc u siebie. Przykre ale po raz kolejny straciłem wiarę w motocyklową brać, ba powiem więcej wiem że to mit i istnieje tylko w nielicznych przypadkach. Świat motonitów jest równie dupiasty jak każdy inny i tylko się w tym utwierdziłem :) Dalej kocham motocykle, klimat który im towarzyszy i ludzi których znam poznałem lub poznam, jednak jest to świat taki sam jak każdy inny. Różni go jedynie to że 90% ludzi się pozdrawia i tyle. 

Po powrocie z Zadaru wróciliśmy do warsztatu gdzie czekał na nas podreperowany Dragstar, chodzić chodził ale nie koniecznie dobrze, walił z rur jak gruźlik chorujacy na astme a mechanik mimo posiadanego już tłumacza (kuzynka Madzi) nie potrafił powiedzieć co to było, i co mu dalej dolega ...wzruszył jedynie ramionami i powiedział że nie wie. Po czym jego szef skasował 200euro.... za co? A nie mam bladego pojęcia... chyba za to by motor dojechał do Polski, co dalej stało pod znakiem zapytania. 

Instrukcje na dalszą jazdę były proste, wolno i nie zagotować silnika... tj wykreślono jakąkolwiek jazdę ponad tą co konieczna... jednym słowem właśnie oficjalnie zakończył się nasz motocyklowy urlop. 

W trakcie pobytu na PAG odwiedziliśmy piękne i gówniane plaże choć na wszystkich było fajnie. Nie przejchaliśmy na motorach choćby 1km ponad dojazd i wyjazd. Przekonaliśmy się jednak o jednym PAG to bardzo smutna wyspa z dużą ilością plaż, które dla jednych będą atrakcyjne dla innych koszmarem. Jest też Navalija miejsce imprez i odpoczynku młodych, warto je polecić jednak ilość samców po prostu przeraża, chłop na chłopie a kobiet chyba 1/10... ale byliśmy popołudniu więc może wszystkie szykowały się na wieczorny balet? 

Czas żegnać się z wyspą PAG i jechać dalej na KRK, jako że motor bez formy to i jeźdźcy musieli poświęcić się i wstać o 4 by ruszyć na pierwszy prom w kierunku Senji by znów nie męczyć Yamahy w 40stopniach. Wycieczka promem to można powiedzieć kolejna atrakcja, której nie żałuję. A oto pamiątkowa fota jeszcze przed wejściem na pokład oraz kilka fotek okolicy :) Po załadowaniu przeprawa na drugi brzeg jest błyskawiczna, prom płynie szybciej niż barka przez Wisłę w Sobieszewie. I znów mamy fajne widoczki i zakręty które tym razem pokonujemy jak dziadki na dojechanych rumakach... ale czerpiemy z tego inną przyjemność ... JEDZIEMY wreszcie w siodle i znów jedziemy nie ważne jak nie ważne że wolno ważne że Yamahy znów są na drodze! 

Dojeżdżamy do KRK płacimy za most i jedziemy uśmiechnięci że dotarliśmy do celu, teraz jeszcze kilkanaście km i apartament... ale wcześniej piękne widoki. KRK to cudowna wyspa z niesamowitym krajobrazem i choć raczej tam nie wrócę to śmiało mogę powiedzieć że jest tam pięknie. Drugi Check Point Chorwacji to Baska :D dla tych co tam nie byli to powiem tak, nie planujcie tam zbyt długiego pobytu no chyba, że dziećmi powyżej 5 roku życia, one znajdą tam sobie zajęcie wy nie. 

Po bojach dotarliśmy do celu, fajny przytulny apartament z basenem. Zostawiliśmy zabawki, przestawiliśmy nasze konie pod daszek i ruszyliśmy dziarskim krokiem po piwo. By po chwili pluskać się z nim w zimnej basenowej wodzie.... teraz gdy to piszę tęsknie za właśnie takimi beztroskimi chwilami. Po jakimś tam czasie pojawiły się nasze drugie połówki... psując nieco klimat męskiej basenowej posiadówy :P :P :P 

Pobyt na KRK był trudny głównie przez dalekie dojazdy i plaże których było kilka na krzyż dopiero na ostatnie dni znaleźliśmy miejsce które naprawdę nas zadowalało :) Dzika plaża, małe kamienie i bar w dystansie 1km :) cudo Tutaj też zrobiliśmy sobie selfie i krótką sesję ;) 

Będąc na wyspie odwiedziliśmy również Vrbnik z najwęższą ulicą świata i zakupiliśmy kilka butelek lokalnego wina :) które naprawdę przypasowało mi smakiem. W Basce warto odwiedzić sklep rybny i zakupić co nieco tutejszych przysmaków z morza... a jest w czym wybierać... świerze krewetki królewskie czy tam raki oraz krewetki właściwe i ryby coś przepysznego! Zresztą sami zobaczcie czyż nie są apetyczne? 

Już teraz brakuje mi kalmarów w panierce, Zagrebackiego odrezaka, podkradania po jednej małży Madzi, czy też gigantycznego kotleta CORDON BLUE! 

Czas zleciał szybko... a o tym że powinniśmy się zbierać świadczył fakt kończącego się alkoholu z Polski... ostatni dzień ostatnia butelka i czas szykować się do domu. Spakowani w Niedzielę rano ruszyliśmy na szlak wędrowców czterech kółek wbijając na autostradę by szybko pokonać km do domu. Jeden dzień 859km w siodle z prędkościami nie przekraczającymi 110km/h to było wyzwanie, któremy daliśmy radę! 

Trasa wydawałoby się bez przygód :) choć Piotrek postanowił na ekspresówce zrobić na mnie zamach. Wypadł mu na trasie plecak, bogu dzięki nie mi pod koło... w każdym razie szkoda że nie chciało mi się z nim zawracać by nagrać jak sprząta swoje zabawki z Węgierskiej expresówki :) Tymczasem cyknąłem sobie za to fotkę fazerka z pięknymi chmurkami :) 

POLSKA!

Gdy dotarliśmy tutaj... poczułem mieszankę radości i smutku... to już koniec to już teraz? Czemu tak szybko? Przecież ja chce jeszcze te zakręty, te góry te widoki? Po czym uśmiechnąłem się na myśl o rodzinnym mieście i rodzinie która gdzieś tam jest te 600km na północ, i choć kontakt mam z nią niemal żaden to łatwiej obrać kierunek DOM. Z uśmiechem poczekałem na Piotrka i razem przejechaliśmy przez granicę meldując wykonania zadania zjeżdżając do naszje bazy. Znów Kamesznica i nasze uśmiechnięte żony ... :) Odetchnęliśmy również że motor dojechał teraz będzie tylko z górki nad morze :) 

07:41, jakub.kuczkowski , Relacje z tras
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 lipca 2017

Nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. Ten rok jest dla mnie nie tyle trudny co nawet bardzo trudny, przeróżne problemy domowe przeplatane coraz bardziej skomplikowaną sytuacją w firmie i nowym zakresem obowiązków sprawiły że mój dotychczasowy Lifestyle prawie legł w gruzach. 

Udało się jednak choć częściowo pozbierać z problemów i przekuć je w coś wspaniałego, coś żywego i mam nadzieję radosnego :) otóż rodzi się w naszym motocyklowym gronie nowy motonita czytaj: "będę miał syna!". 

Ta szczęśliwa informacja nie zmieniła jednak faktu, że niedawno pękła mi 30, to niby niewiele ale też i sporo... a na trzydziestkę planowałem przecież tak wiele. Miał być indywidualny wyjazd na 2oo dookoła kraju, miało być odseparowania i przygoda bez jakichkolwiek kompromisów, pełen spontan...

Wiadomo zaistniała sytuacja nieco odmieniła mój pogląd na otaczającą rzeczywistość i musiałem nieco mocniej skupić się na ustabilizowaniu życia rodzinnego. Trzeba było przekuć emocje i plany na coś bardziej kompromisowego. Kompromis czyli jak to zwykle bywa niemal całkowita uległość przerodziła się w wakacyjny plan All Inclusive... i z takim postanowieniem trwaliśmy stosunkowo długo...

Zawirowania sprawiły, że jednak nasz urlop został przeniesiony na początek sierpnia, a co za tym idzie odwróciło również plany... Całe szczęście jest alkohol i dziwne fajne pijackie pomysły... tak powstał zarodek naszej wyprawy

- "fajnie byłoby pojechać gdzieś motorami" 
- "tak jedźmy do Chorwacji" 

i ple ple ple ple przez x godzin :) 

Ostatecznie rozeszliśmy się do domów bez ostatecznych decyzji by rano w drodze smsowej jeszcze raz dojść do przekonania że taki plan jest dobry. I choć po drodze były momenty zwątpienia ostatecznie jedziemy Motorami :) 

Los chciał, że nasi bardzo dobrzy znajomi również jeżdżą na motorze  i całkiem niedawno urodziła się im córeczka. Co ułatwia nam organizację wyjazdu... my na motorach kobiety i synek w brzuchu mamy autkiem :) 

Plan wypluty i niemal przerysowany już na papier, noclegi zarezerowane trasa zaplanowana... NIEBAWEM RUSZAMY! 

A relację na bieżąco lub po na pewno zamieszczę na blogu :D 

13:45, jakub.kuczkowski , Wyjazd 30-lat
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wróciłem z pięknej podróży! Tak pomyślałem zsiadając wczoraj o 18 z motocykla, i nie jest to przypadkowe zdanie to podsumowanie podróży nie tylko motocyklowej po pięknej Polsce ale i podróży kulinarnych zmysłów, poznanie najprawdziwszej dziczyzny i zobaczenie na własne oczy żubra. 

Z decyzją wyjazdu czekaliśmy do ostatniej chwili by sprawdzić pogodę, która okazała się względnie łaskawa :) względnie bo o tym później. Na czwartkową trasę mieliśmy przyjemne 20 stopni bez grama deszczu. Wystartowaliśmy na trzy motocykle i jedno autko co ułatwiło transport naszych gratów. 

Ostatecznie umówieni z motorkami w Przejazdowie ruszyliśmy na podbój stolicy Żubra. Na początek pojechałem drogą budowlaną i zabłądziłem na drogach technologicznych, co nieco poddenerowowało resztę towarzystwa ;) by nie przedłużać kazałem ruszać dalej zaś sam spokojnie zatankowałem motor, poprawiłem graty i ruszyłem w pościg. 

Trasa która z początku leciała szybko przeradzając się w mozolną wędrówkę, autostradom zastąpił krajobraz lasów i mniejszych miasteczek ciesząc nas pięknymi zakrętami. Trasa przez Szczytno od Ostródy jest malownicza i posiada sporo ciekawych zakrętów, później mamy nieco prostych i końcówka od Hajnówki do samej Białowieży to coś świetnego, szkoda jedynie że wąsko i dość niebezpiecznie jeśli jednak traficie na falę (bez ruchu) to przekonacie się jak piękna to droga. 

Trasę zrobiliśmy w 8h z przystankami co około 80-100km w zależności od potrzeb czy to tankowania czy też zwyczajnego wyprostowania nóg. 

Wycieczka prócz samej frajdy i radochy z jazdy przeprowadziła nas przez kulinarne smaki najlepszej dziczyznę jaką jadłem Ever, karczma Bierożka i jej kucharz to poprostu FACHMAJSTER w tym co robią i jeśli ktokolwiek z was będzie przejazdem musi koniecznie zawitać zjeść sarnę lub jelenia. 

Idealny składzik :) jest pomysł jak zrobić garnuszek na lód by schładzać piwo/flaszki :P 

Było jeżdżone, jedzone pite to i wypadało by pozwiedzać :) Kornik wszystkiego nie zjadł a całe szczęście nie zabrał się jeszcze za Żubry :) więc śmiało można ruszyć na zwiedzanie rezerwatu Żubrów w którym to niewiele ale warto koszt 10zł :) gorzej gdy pójdziemy zobaczyć aleję dębów miejsce choć urokliwe i faktycznie dęby są piękne to opłata 7zł za chodzenie po lesie jest lekką przesadą (wszak podobno las to dobro narodowe) pewnie i bym był jeszcze bardziej szczęśliwy gdyby nie fakt, że zwiedzanie Dębów skróciła nam pogoda która obrzuciła nas gradem i 10minutową ulewą po której zwyczajnie musieliśmy wyciskać majtki z wody. 

Z atrakcji motoryzacyjnych prócz dobrych dróg i pięknych krajobrazów, obowiązkiem powinno być zrobienie sobie sweet foci na Polskiej Route 66 :) 

Na drodze 66 :) 

Podsumowując- Białowieża to miejsce przede wszystkim dla piechurów którzy pragną długich spacerów i kontaktów z naturą, motonici mają do dyspozycji sieć dróg kilkanaście ciekawych atrakcji i drogę 66 :) na pewno każdy znajdzie tutaj coś dla siebie jedni cerkwie inni park jeszcze inni karczmę :) 

Fazerek dzielnie dał radę i przekonałem się ile jeszcze brakuje mi do 100% opanowania tego motocykla, ta wycieczka dała dużo i dużo zmieniła w moim postrzeganiu tego motoru :) Na pewno nie jest to wygodny motor na tak długie trasy co postanowiłem pokazać na zdjęciu :) 

Fazer jest za to wyśmienity w kilku kwestiach 

1) przyspieszania, w szczególności w trakcie wyprzedzania :P
2) skręcania przy dobrej woli sprzętu i ciut zaangażowania kierownicka
3) ma kufer :P nieźle chroni przed wiatrem
4) zabija część tych wstrętnych insektów 

Franczeska pogromca komarów

niedziela, 04 czerwca 2017

No i wreszcie udało się posiedzieć w siodle :) szybki trip po kaszubskich wioskach fazer z intruzem nawinęły 150km. Można powiedzieć, że teraz oponki są dotarte :P - no dobra jeszcze te 50km i wtedy zobaczymy ile są warte te oponki :P 

19:52, jakub.kuczkowski
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34